Spontaniczna reakcja publiki podczas seansu w „Czajce” to była normalka. Kiedyś siedzę i oglądam „Skarb w Srebrnym Jeziorze”, pierwszy film o przygodach Winnetou, słynnego wodza Apaczów. Banda atakuje farmę, w której bronią się resztkami amunicji dzielni kowboje. Winnetou pojechał ściągnąć pomoc. Kiedy wydaje się, że bandyci za chwilę zdobędą farmę kamera ukazuje
Winnetou pędzącego na czele Indian z odsieczą. I wtedy w „Czajce” zrywają się spontaniczne oklaski, cała sala bije brawo i wznosi okrzyki na cześć dzielnego Apacza. Nie pamiętam, ile razy byłem na wszystkich częściach Winnetou. Dziś powiedzielibyśmy o tej serii: filmy kultowe. W trzeciej części, gdy szlachetny Apacz ginie płakałem razem z całą salą, z całym szemranym Czerniakowem. 150 chłopa. W takiej chwili płakać to nie był wstyd.
Być może strach często było wejść do kina „Czajka”, ale rzecz ciekawa: nigdy nikt mnie nie zaczepił, nie napadł, nie okradł. A raz nawet dzięki "szemranym" chłopakom wszedłem na seans od 18 lat, mimo że miałem dopiero 15. Chodziło o japoński film „Szpieg szoguna”. Przypadkiem na kasie usiadła jakaś nowa wyfiokowana paniusia, która zażądała ode mnie dowodu osobistego. Kiedy odszedłem z kwitkiem od kasy podszedł do mnie znany na dzielnicy złodziej i zapytał dlaczego nie idę na górę. Kiedy mu powiedziałem, złodziej wziął moje pieniądze, kupił bilet w kasie, następnie oddał mi co do grosza resztę i powiedział, bym poszedł na film, bo warto, on już go widział cztery razy.
Takich przejawów solidarności kinomanów w „Czajce” było więcej. Kiedyś latem wybrałem się z dwoma kolegami na film „Działa Navarony”. Jednemu z nich zabrakło na bilet dwa złote. Wtedy zrobiłem rzecz następującą. Weszliśmy na trzecie piętro do poczekalni. Latem między seansami, kiedy ludzie wyszli, bileterka otwierała kilka okien i wewnętrznych okiennic, by wywietrzyć salę, potem schodziła piętro niżej do koleżanki na plotki. Drzwi do sali były otwarte, na wypadek gdyby ktoś chciał skorzystać z WC, które mieściło na zapleczu. Bileterka i tak przed wpuszczeniem widzów na seans zawsze skrzętnie sprawdzała, czy nie ukrył się ktoś w ubikacji lub na sali między fotelami, tak więc pozostanie tam z góry było skazane na porażkę. Ja jednak miałem inny pomysł. Weszliśmy na pustą salę, podeszliśmy do otwartego okna, które zamknąłem. Potem powiedziałem koledze, by wszedł na parapet. Kiedy na nim stanął zamknąłem wewnętrzną okiennicę, następnie jak gdyby nigdy nic wyszedłem z drugim kolegą do poczekalni. Było mało prawdopodobne, by bileterka dokładnie zapamiętała, które okna pozostawiła otwarte. Tak też się stało, bileterka weszła na salę, zamknęła okna i okiennice i wróciła do drzwi, by wpuścić widzów. Kiedy zgasły światła podszedłem do okna i cichutko otworzyłem okiennicę. Kolega szybko zeskoczył na podłogę i usiadł na najbliższym wolnym miejscu. Nikt się nie zorientował
tylko jakiś staruszek krzyknął: duch, duch!, co sala skwitowała gromkim śmiechem.
Wielkim przeżyciem był dla mnie oglądany w "Czajce" film „W kręgu zła” (Le Cercle rouge) Jean-Pierre Melville’a, z Delonem, Montadtem, Volonte i Bourvilem. Film „Pat Garrett i Billy Kid” Sama Peckinpaha też pierwszy raz widziałem w „Czajce”. Miałem wtedy 15 lat i pokazana w tym filmie zdrada przyjaciela dla pieniędzy, lepszego życia, zupełnie nie mieściła się w moim ówczesnym światopoglądzie.
Oprócz „Czajki” było jeszcze jedno kino na Czerniakowie, nazywające się po prostu „Czerniaków”. Byłem w nim ze dwa, trzy razy. Raz z mamą i siostrą na filmie „Pan Wołodyjowski”. Bardzo wszyscy baliśmy się, żeby Baśka nie wpadła w ręce siepaczy Azji Tuhajbeja, gdy uciekała. Ale kino „Czerniaków” nie podeszło mi. Mieściło się w starym baraku i mieszkańcy dzielnicy nazywali je „Pluskwa”. Dlaczego? Domyśl się Szanowny Czytelniku.
P.S. Napisała do mnie (13.03.2013), autora tekstu o kinie "Czajka", Pani Katarzyna:
Przeczytałam Pana tekst o Czajce i jest tam sformułowanie - farmazoniarz - rozgorzała dyskusja wśród moich znajomych, co właściwie może znaczyć to słowo będące w sąsiedztwie doliniarzy, oszustów i kieszonkowców?
Pozdrawiam serdecznie i proszę o pomoc.
Oto co odpisałem Pani Katarzynie:
Farmazon w potocznej mowie to brednie, bzdury, dyrdymały, androny, banialuki, głodne kawałki, głupoty, niestworzone rzeczy. A farmazoniarz to ktoś kto właśnie takie banialuki, głodne kawałki opowiada, przechwala się. Ale pośród szemranych chłopaków farmazoniarz to oszust, który ma do perfekcji opanowaną gadkę (niektórzy mówią gadkę szmatkę) i żyje z "wciskania ludziom kitu". To ktoś, kto zarabia na życie nabijając ludzi w butelką i naciągając ich np. na zakup jakiejś nieistniejącej nieruchomości albo samochodu. Często kobiety padają łupem farmazoniarzy, w tym przypadku oszustów matrymonialnych, którzy wyłudzają od zakochanych w nich kobiet pieniądze, kosztowności, a nierzadko i samochody oraz nieruchomości.
Dostać wyrok za farmazon to dostać wyrok za oszustwo, wyłudzenie.
Pozdrawiam.
* Obecnie w pomieszczeniach, w których kiedyś było kino "Czajka" znajdują się dwie firmy: Tim Film Studio i Best Film.
Przeczytaj także I nagroda w konkursie Stare kina.
O wiele więcej o kinie Czajka oraz o mojej fascynacji filmem przeczytasz w książce Maria oraz inne czerniakowskie opowiastki.


