
Dzisiaj w multipleksach sale kinowe są wygodne, klimatyzowane, z miejscem na kubek z kawą. Ale trudno je kochać. Czy o salę w Złotych Tarasach, Best Mall'u albo w Galerii Mokotów ktoś walczyłby jak o warszawskie kino "Moskwa"? To, gdzie w stanie wojennym sfotografowano wojskowego SKOTA na tle tytułu amerykańskiego filmu "Czas Apokalipsy"? Są wśród nas jeszcze tacy, co pamiętają małe kina, gdzie chodziło się na randki, wkradało na filmy dozwolone od lat 18. albo stawało się w kolejce o 2. w nocy, żeby dostać się na Konfrontacje.
Ci po złej stronie czterdziestki wiedzą, co to było. Ja mam swoje ukochane kino - "Czajka", o którym napisałem (poniżej). Ale ciekawy jestem, czy inni też mają takie kinowe wspomnienia, do których szło się pierwszy raz z dziewczyną, strzelało pestkami z czereśni w tych z pierwszych rzędów albo siedziało za panią w czapce z lisa.
Wspomnienie o kinie "Czajka"
Nie umiem powiedzieć, kiedy zacząłem chodzić do kina, ale musiało to być dawno temu, gdy byłem bardzo małym dzieckiem, bo wydaje mi się, że do kina chodzę od zawsze.
Urodziłem się w Warszawie, w starej przedwojennej kamienicy (na zdjęciu z lewej), w samym centrum Czerniakowa, na tzw. "dole" ("dół" to Czerniaków i Powiśle, położone niżej niż Śródmieście). Na tym słynnym Czerniakowie, opiewanym w pieśniach i książkach Stanisława Grzesiuka. Naprzeciwko naszego domu, po drugiej stronie Czerniakowskiej, na początku lat 60. zbudowano nowe bloki, w których przez jakiś czas mieszkał słynny polski aktor Zbyszek Cybulski. Dowiedziałem się o tym od ciotki, która kiedyś podczas spaceru pokazała mi z daleka Cybulskiego mówiąc: patrz Sławuś, to ten pijak, aktor, CEBULSKI! Nie zniechęciło mnie to jednak do kontaktów z X Muzą.
Moja miłość do filmów rozpoczęła się od seansów w kinie "Czajka", które znajdowało się na rogu ulic Czerniakowskiej i Chełmskiej (budynek ten istnieje do tej pory*). Było to kino zakładowe, wyświetlające filmy w tygodniu na trzech seansach (15.00, 17.30 i 20.00), w niedzielę pierwszy seans był o 12.00. Kino znajdowało się na trzecim piętrze i żeby obejrzeć film, trzeba było się wdrapywać po wysokich stopniach na górę. Sala był odrapana, siedziało się w niewygodnych, drewnianych (niewyściełanych materiałem) fotelach, tak, że po dwugodzinnym seansie tyłek bolał niemiłosiernie. Zdarzały się wtedy przekomiczne sytuacje: nagle, bez żadnego powodu, ktoś wstawał z miejsca i stał tak przez dłuższą chwilę. Za chwilę wstawał ktoś inny, narażając się na wiązankę niecenzuralnych słów wypowiedzianych przez osoby, którym zasłaniał ekran. Filmy do "Czajki" trafiały na szarym końcu, kiedy już ograne były w lepszych kinach. Często kopia była tak zjechana, że z trudem można było czytać napisy. "Czajka" miała jednak kilka zalet: kino było blisko, "na dzielnicy", bilety były tańsze niż w lepszych salach (typu "Moskwa", "Skarpa"), przede wszystkim jednak panie sprawdzające
bilety nie zwracały uwagi na wiek widzów i wpuszczały małolatów na seanse od 16, a nawet i od 18 lat. Dzięki temu, mając 12-14 lat, obejrzałem wiele filmów (m.in. "Klan Sycylijczyków", "Planetę małp"), na które nie miałbym szansy dostania się w innym kinie. Należy tutaj wytłumaczyć młodszym czytelnikom, że w PRL-u dość rygorystycznie przestrzegano zasady "film dozwolony od lat 14, 16 lub 18" i nie wpuszczano na seans widzów, którzy nie mogli udowodnić (np. za pomocą legitymacji szkolnej lub dowodu osobistego), że są w odpowiednim wieku.
„Czajka” miała niepowtarzalny urok Czerniakowa, wtedy jeszcze (przełom lat 60. i 70.) dość szemranej dzielnicy Warszawy. W kinie tym, zwłaszcza na seansach o 17.30 i 20.00 zbierał się kwiat doliniarzy, farmazoniarzy, szopenfeldziarzy, przewalaczy, kombinatorów, oszustów, niebieskich ptaków, chłopców z dzielnicy. Często, to właśnie kino było dla nich jedynym miejscem, w którym mogli zetknąć się z prawdziwą sztuką. Byli oni najszybszymi recenzentami obejrzanych filmów, bo reagowali spontanicznie. Jeśli film im się podobał, to od razu zachwalali go na głos. Jeśli jednak nie przypadł im do gustu, to klęli na czym świat stoi. Kiedy chcieli zapalić papierosa, to nie wychodzili z widowni do poczekalni, lecz stawali z tyłu sali, za kotarą, skąd prowadziła droga na zaplecze, gdzie było pomieszczenie kinooperatora i ubikacja. Tak stojąc za lekko uchyloną kotarą palili papierosy oglądając film, zaś dym snuł się powoli do góry. Kiedy przychodzili do kina sami, to komentowali tzw. "momenty" w dosadny sposób: no dawaj, dawaj, bierz ją, na co czekasz. Gdy jednak "szemrany" do „Czajki” przychodził z dziewczyną było zupełnie inaczej. Przede wszystkim był ubrany w najlepsze swoje ciuchy (jesienią obowiązkowo w płaszcz), często wyjmował grzebień i przeciągał nim po swych włosach. Kiedy już siadał razem ze swoją wybranką na sali, nie tolerował chamskich odzywek w trakcie scen łóżkowych. Gdy tylko jego kumple zaczynali "omawiać" w ten sposób film, "szemrany" wstawał i uciszał ich krótką komendą: zamknijcie mordy, dając tym samym swej partnerce do zrozumienia, że nic go nie łączy z tą hołotą. Często w trakcie seansu wyjmował z długiej kieszeni (stąd pewnie ten płaszcz) jabola (jabcoka, alpagę - sporą popularnością cieszyło się wtedy wino owocowe „Okęcie” za 17 złotych, na tamte pieniądze oczywiście) odbijał go fachowo i częstował swoją panią tym smakołykiem. I nikomu z widzów to nie przeszkadzało.

