logo

Spotkania z..."Spotkania z..." to 60 fascynujących rozmów jakie Sławomir Zygmunt przeprowadził z niezwykłymi artystami, m.in. z malarzem Zdzisławem Beksińskim (bohaterem znakomitego filmu "Ostatnia rodzina"), aktorami: Ewą Dałkowską, Grażyną Szapołowską, Gustawem Holoubkiem, Romanem Wilhelmim (niezapomnianym Nikodemem Dyzmą), poetą Bogdanem Chorążukiem (autorem kultowego "Zegarmistrza światła), kompozytorami: Przemysławem Gintrowskim, Janem A.P. Kaczmarkiem (laureatem Oscara za muzykę do filmu "Marzyciel") oraz Michałem Lorencem (skomponował muzykę m.in. do “Psów”, serialiu “Ojciec Mateusz”), reżyserami: Barbarą Sass-Zdort, Lechem Majewskim.


KUP E-BOOKA
w księgarniach intertenowych lub poprzez stronę autora 

Oto pełna lista bohaterów książki Sławomira Zygmunta:

FILIP BAJON, ZDZISŁAW BEKSIŃSKI, MAŁGORZATA BRAUNEK, BOGDAN CHORĄŻUK (4 wywiady), MARIUSZ CZAJKA, MACIEJ DEJCZER, EWA DAŁKOWSKA (2 wywiady), ROBERT DE NIRO, ALEKSANDER DOMOGAROW (2 wywiady), JERZY DUDA-GRACZ, FELIKS FALK, ADAM FERENCY, JERZY FILAR, PRZEMYSŁAW GINTROWSKI (4 wywiady), GUSTAW HOLOUBEK, HONG ZHITIAN, JAN A.P. KACZMAREK, JACEK KACZMARSKI, MAŁGORZATA KALICIŃSKA, KRYSTYNA KOFTA, KRZYSZTOF KRAUZE, MICHAŁ LORENC (2 wywiady), OLGIERD ŁUKASZEWICZ, LECH MAJEWSKI, ROBERT MAKŁOWICZ, JERZY MICHOTEK, STANISŁAW MIKULSKI, MAREK NOWAKOWSKI, MARIAN OPANIA, PIOTR OSUCH (4 wywiady), ANDRZEJ PĄGOWSKI, EUGENIUSZ PRIWIEZIENCEW (4 wywiady), MARIUSZ PUJSZO, JOANNA RAWIK, BARBARA SASS-ZDORT, RUDI SCHUBERTH, MAREK SOBCZAK (2 wywiady), DANUTA STENKA, JERZY STUHR, MARIA SZABŁOWSKA, GRAŻYNA SZAPOŁOWSKA, FRANCISZEK SZYDEŁKO, MICHAŁ TARKOWSKI, JOANNA TRZEPIECIŃSKA, ZDZISŁAW WARDEJN, ROMAN WILHELMI

WSTĘP 

Spotkania. Rozmowy. Zaplanowane i spontaniczne. Czasami krótkie, ulotne, niedopowiedziane, innym razem długie, podczas których wszystko jest domówione. W kawiarniach, knajpach, mieszkaniach, garderobach teatralnych, na planach filmowych, konferencjach prasowych.  Przeprowadzenie ciekawej rozmowy jest sztuką. Bardzo mnie irytowało czasem nierozumienie tego przez debilowatych naczelnych, sekretarzy redakcji, szefów działów, którym się wydawało, że nie ma nic prostszego, niż wywiad. Jeśli myślimy o odpytywaniu pseudogwiazdek, które bredzą na każdy temat, bo z racji popularności robimy z nich ekspertów od wszystkiego – zgoda. Ale spotkanie z twórcą, osobowością, kimś idącym własną drogą – to już inna rozmowa! Tu trzeba najpierw sporo dowiedzieć się o osobie, z którą rozmawiamy, przemyśleć każde pytanie, wiedzieć po co je zadajemy. Używać wiedzy, wrażliwości, intuicji, bo rozmówca w kadżej chwili może nas zaskoczyć, odkryć twarz jakiej nie znamy. A potem to wszystko napisać tak, by czytelnik miał szansę przeżyć spotkanie z rozmówcą tak jak my. Rozmowy, które dotykają, potrząsają nami, wytrącają ze „strefy komfortu”, zaskakują, porządkują, objaśniają, odzierają ze złudzeń albo stają się natchnieniem – tylko wtedy warto rozmawiać! Dla mnie mistrzynią wywiadów z ludźmi kina była Bożena Janicka, wieloletnia szefowa działu filmu polskiego w tygodniku FILM. Dla tych, którzy nie pamiętają PRL, wyjaśniam, że wtedy tygodnik FILM był, używając dzisiejszego słownictwa, kultowy. Tak samo zresztą jak miesięcznik KINO. Ja zacząłem czytać oba czasopisma już w podstawówce. FILM było bardzo ciężko kupić, więc urządzałem na niego cotygodniowe polowania, biegając od kiosku do kiosku. Kiedy już udało mi się zdobyć ukochaną gazetę, czytałem ją od deski do deski, łącznie z listami czytelników i z odpowiedziami redakcji. Swoje pierwsze wywiady robiłem pod czujnym oczkiem Bożeny Janickiej właśnie dla FILMU. Do dziś pamiętam jej główne przykazania dotyczące tych rozmów: „pytasz tylko o pracę, sztukę, fascynacje artystyczne. Nie interesuje nas życie prywatne, z kim ten pan czy pani sypia oraz z kim pije wódkę. Pamiętaj, pytaj tylko o sztukę”. Zupełnie odwrotnie niż dziś.  

Sławomir Zygmunt 

 

1. Rozmowa ze Zdzisławem Beksińskim: Maluję po to, żeby sobie zrobić przyjemność (fragment).

Sny
Moja twórczość jest interpretowana opacznie, ale cóż ja na to mogę poradzić. W sanockim muzeum, gdzie wisiały moje obrazy, pani przewodnik mówiła zwiedzającym, że przedstawiają one martyrologię, obozy koncentracyjne itd. Ilekroć potem przychodziła do mnie wycieczka z Niemiec, to wszyscy byli załamani, że ja tak mocno tę wojnę przeżyłem i że oni są temu winni. Musiałem tłumaczyć, że tu chodzi o coś zupełnie innego, o sny. Później ta pani zaczęła objaśniać w następujący sposób: Artysta zasypia, rano się budzi, bierze pędzel i... zaczyna malować.

Tytuł
Wymyślić dobry tytuł jest tak samo trudno jak namalować interesujący obraz. Bardzo niewiele osób potrafi dobrze nazwać swoje dzieła. Do nielicznych wyjątków należy **Tadeusz Brzozowski. Na początku swojej kariery dawałem tytuły, ale potem kiedy zaczęto je mieszać z reprodukcjami – przestałem. Poza tym, przy tłumaczeniu na obce języki nie brzmiało to tak dobrze jak w oryginale. Intrygujący tytuł może narzucić oglądającemu zupełnie inną interpretację od zamierzonej przez artystę. Ponieważ nie wiem co namalowałem, nie widzę powodu, dla którego miałbym to tytułować. Czy „Bitwa pod Grunwaldem” to dobry tytuł? Do konkretnego obrazu Jana Matejki – tak. Tylko może niepotrzebnie, bo na nim widać, że to jest bitwa pod Grunwaldem.

 

2. Rozmowa z Bogdanem Chorążukiem: Nie tylko “Zegarmistrz światła” (fragment).

Sławomir Zygmunt: Jak to, nie miałeś matury? To jak zostałeś przyjęty na studia?
Bogdan Chorążuk: Miałem świadectwo ukończenia liceum felczerskiego, ale okazało się, że to nie jest świadectwo dojrzałości, czyli matura. We Wrocławiu wezwał mnie dziekan i poprosił o dostarczenie świadectwa maturalnego. Tak więc szybko, eksternistycznie zdałem maturę i dostarczyłem na uczelnie papierek. Nie pomogło mi to za wiele, bo zawaliłem logikę i język francuski. Wtedy przyjechałem z dziewczyną, z jedną walizką i stówką w kieszeni do Warszawy. Poszedłem na Uniwersytet Warszawski, by zapytać czy nie przyjęliby mnie na wydział filozofii. Po przyjściu zachciało mi się siusiu. Poszedłem do ubikacji, patrzę, a tam jakiś wysoki, chudy facet leje i się do mnie uśmiecha. To ja też się do niego uśmiechnąłem. Kilka minut później poszedłem na wykład z filozofii. Pomyślałem – trzeba pójść, może kogoś poznam, zapytam się co i jak. Patrzę, a tam wykłada ten facet z kibla. Pytam dziewczynę siedzącą obok, kto to jest. A ona: to jest profesor Leszek Kołakowski. Podczas przerwy podchodzę do profesora, tłumaczę że mnie wyrzucili, że chciałbym studiować, czy mnie przyjmie do siebie. Kołakowski uśmiechnął się i mówi: „W porządku, to bardzo dobrze, że pan chce studiować. Proszę iść do dziekanatu, wypełnić odpowiednie papierki, przy czym proszę te niezaliczone przedmioty z I roku oczywiście zaliczyć”. W tym momencie uświadomiłem sobie, że jestem na II roku filozofii.

 

3. Rozmowa z Przemysławem Gintrowskim: Mniej mi się chce (fragment).

Sławomir Zygmunt: Jaki był powód tego, że przestałeś grać z Jackiem Kaczmarskim?
Przemysław Gintrowski: Jacek wyjechał do Australii...

Przecież po jego powrocie do Polski sześć lat temu nagraliście kilka płyt i zagraliście wiele koncertów. Podobno się pokłóciliście, jeśli to nieprawda to zdementuj tę plotkę.
To jest nieprawda, ewidentna nieprawda, przykładem może być tekst, który tu leży. Tuż przed wyjazdem Jacek zostawił mi dłuższy tekst, z prośbą abym skomponował do niego muzykę. Z Kaczmarskim zacząłem grać w drugiej połowie lat 70. Po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego Jacek postanowił zostać na Zachodzie. Wrócił po 10 latach. Jednak czasu nie da się zatrzymać. W ciągu tych lat każdy z nas robił coś na na własny rachunek. Ja grałem koncerty, pisałem muzykę do filmów, spektakli teatralnych, Jacek - pisał piosenki, jeździł z występami do Polonii na całym świecie. Po powrocie Jacka do Polski znów postanowiliśmy grać razem, nie rezygnując jednak z tego co każdy z nas robi indywidualnie. Wspólnie zrobiliśmy nowy program "Wojna Postu z Karnawałem". Trzeba jednak pamiętać, że obecnie zapotrzebowanie na ten rodzaj twórczości, zaangażowanej mocno w sprawy polityczne i społeczne, nie jest już takie jak przed rokiem 1989. Kraj się zmienia i ta tematyka już tak bardzo ludzi nie interesuje... Jacek przeniósł się na stałe do Australii z powodów wyłącznie osobistych. Tak więc, nie pokłóciliśmy się.

 

4. Ewa Dałkowska: Niczego nie żałuję (fragment).

„Teatr Domowy to była najwspanialsza przygoda jaka mi się w życiu przytrafiła. Mieliśmy możliwość bezpośredniego reagowania na to, co niosło życie. Mogliśmy tupnąć nogą, wrzasnąć, wyśmiać, wygwizdać i żaden cenzor nie miał na to wpływu” – wspomina Ewa Dałkowska. Występowali nie tylko w Warszawie. Na zaproszenie Michała Sulkiewicza, scenografa z telewizji, zagrali w Kazimierzu Dolnym. W plenerze, w kamieniołomach. Przyszło mnóstwo ludzi. Mąż Ewy wyszedł na drogę i pilnował, czy nie jedzie ZOMO. Aż tu nagle słyszy jak się niesie cudownie po całej okolicy: „Ja się WRON-ą pierdoloną nie przejmuję”. Taka tam była świetna akustyka. Był to fragment piosenki śpiewanej przez Ewę Dałkowską. A oni się starali, żeby tak konspiracyjnie było. 

 

5. Rozmowa z Marianem Opanią: Gwiazdor na bosaka (fragment).

Sławomir Zygmunt: Był pan w 1981 roku członkiem polskiej grupy na festiwalu w Cannes, gdy Wajda odbierał za „Człowieka z żelaza” Złotą Palmę. Jak się pan czuł pośród światowej elity filmowej?
Marian Opania: Wiadomo, jak się czuje Polak za granicą, ile ma pieniędzy. Gdy wracałem z festiwalu do kraju, miałem w kieszeni tylko 5 franków i na Orly zastanawiałem się czy zrobić siusiu, czy wypić kawę. W żaden sposób nie mogłem pogodzić tych dwóch rzeczy, bo kawa kosztowała 4,20, a siusiu 1 franka. Łudziłem się przez chwilę, że babcia klozetowa, która na moment wyszła, pozwoli mi skorzystać z okazji, ale gdzie tam. Właśnie wtedy, gdy wychodziłem była już na swoim posterunku. I ostatecznie musiałem się zadowolić wodą mineralną. Udział w festiwalu wiązał się oczywiście z koniecznością posiadania eleganckiego stroju wieczorowego. Smoking wziąłem z wypożyczalni, muszkę podkradłem z teatru, koszulę dostałem od Andrzeja Zaorskiego. W sklepie udało mi się kupić tylko buty. Okazało się, że te nowe buty – to było moje nieszczęście. W Cannes mieszkaliśmy we wspaniałym hotelu na Wzgórzach Róż i rzeczywiście były to wzgórza nie tylko z nazwy. Rankiem, gdy schodziliśmy do miasta było jeszcze wszystko w porządku, z górki jakoś się w tych butach szło. Dramat zaczynał się, gdy trzeba było wrócić do hotelu. Doszło do tego, że wchodziłem pod górę w skarpetkach, niosąc buty w ręku. 

 

6. Rozmowa z Franciszkiem Szydełko: Profesor od czterech łap (fragment).

Sławomir Zygmunt: Obecnie serial "Czterej pancerni i pies" przeżywa drugą młodość na DVD i często wznawiany jest w telewizji. Skąd był wzięty pies do tego filmu?
Franciszek Szydełko:
Psy wykorzystane do filmu "Czterej pancerni i pies" wybrane zostały ze szkoły tresury psów służbowych w Sułkowicach. Były to dwa jednakowe owczarki niemieckie. Szarik naprawdę nazywał się Trymer, jego dublerem był Atak. Z tym, że Trymer jak zagrał w pierwszych scenach, tak grał już do samego końca. Kiedyś reżyser Konrad Nałęcki chciał w jednej scenie wykorzystać drugiego pieska, ale okazało się, że o wiele lepiej zrobił to Trymer. Tak więc Szarika grał jeden i ten sam pies - Trymer. Nic więc dziwnego, że szybko poczuł się jak prawdziwy gwiazdor. Od razu po przyjściu na plan filmowy siadał na masce czołgu i czekał na polecenia. Nieraz reżyser mówił: teraz nie grasz, złaź z czołgu i piesek posłusznie schodził z planu. Ale było po nim widać, że jest trochę zawiedziony.